Kulki o smaku taro

W poprzednim wpisie wspominałam o przysmaku z Jiufen- Yam balls. To specjalność miasteczka, której koniecznie musi spróbować każdy, kto je odwiedza. Jednak ten kulkowy deser bije rekordy popularności na całej Wyspie.  Po pierwsze dlatego, że jest rzeczywiście smaczny, po drugie ma nieskończone możliwości mieszania i dopasowania składników i smaku do każdego podniebienia. Tak naprawdę tworzymy własny deser. Podawany na ciepło lub zimno, ze śmietanką, lodami, owocami, sezamem, azjatyckimi przyprawami jest dobry na każdy nastrój i każdą pogodę.

Oryginalny smak to smak słodkich ziemniaków, które nadal są obecne w każdym deserze. Ponadto zawiera on różne rodzaje fasoli i ciasto o smaku taro, czyli kolokazji jadalnej😉 reszta to nasze „widzi mi się”.

Jeszcze parę słów o „kolokazji jadalnej” – to bulwiasta roślina, pochodząca z Azji, i uprawiana w klimacie tropikalnym,  w tym na Tajwanie. Często mylona ze słodkimi ziemniakami. Po Ra pierwszy usłyszałam i spróbowałam smaku „taro” na Tajwanie. I od tej pory go uwielbiam! Z racji lekko słodkawego posmaku, idealny składnik wszelakich deserów. Mój ulubiony to chyba lody o smaku taro.

Wracając, do kolebki Yam balls. Podczas naszej wizyty w Jiufen udaliśmy się do „świątyni” kultowego deseru: „Kulek taro babci Laii” (Grandma Lai’s Yuyuan). Po wybraniu i zamówieniu deseru, korytarz prowadził przez spiżarnię i przygotowalnię, gdzie mogliśmy podpatrzeć jak zręczne Tajwanki ugniatały ciasto, a fasola leżakowała i nasiąkała wodą. Wąski korytarzyk prowadził do sporej, ciemnej i lekko zabałaganionej od ilości turystów sali, z widokiem na zbocze miasteczka i morze. Znaczy ten widok zobaczyłam dopiero za podczas drugiej wycieczki do Jiufen, gdyż tamtego dnia niebo zaciągnięte czarnymi chmurami i strugi deszczu zachowały wszystko dla siebie. Szkoda tylko, że w tych ciemnościach nie udało mi się uchwycić uroku deseru. Ale wierzcie na słowo: gorące Yam balls podziałały na ten chłodny i deszczowy wieczór lepiej niż gorąca czekolada na listopadowy wieczór.

Bulwy taro. (Źródło: http://ca.wikipedia.org/wiki/Taro)

Yum balls na ciepło. Pod spodem, pod szklanym blatem stoły kartki z pamiątkowymi wpisami od turytów.

Leżakujące fasole

W miasteczku dziewięciu porcji czyli Małym Szanghaju

Jedno z najbardziej urokliwych miejsc na Tajwanie. Ukryte miedzy wzgórzami, z zapierającym dech w piersiach widokiem na morze.

Do końca XIX wieku w malutkim miasteczku na zboczach gór, odciętym od reszty wyspy mieszkało 9 rodzin. Jedyną drogą transportu była droga morska. Statek nie dobijał to tego malutkiego portu zbyt często, dlatego kiedy już przypływał, to zawsze z dziewięcioma zamówionymi porcjami tego samego towaru – dla każdej z rodzin. Stąd nazwa miasteczka : 九份, czyli dziewięć porcji.

Życie w osadzie dziewięciu rodzin diametralnie zmieniło się, gdy pod jego powierzchnią znaleziono złoto.  Wieś szybko zmieniła się w tętniące życiem miasteczko, którego lata największego rozwoju przypadły na czas okupacji japońskiej. To właśnie Japończycy wybudowali profesjonalną kopalnię obóz, w którym pracowali m.in. schwytani w trakcie II WŚ alianci, w efekcie czego do 1971 wydobyli większość złóż. Pozostawili jednak po sobie architekturę i zwyczaje, które w Jiufen są widoczne i kultywowane do dziś.

Po ogołoceniu tych terenów ze złota, miasteczko zostało nieco zapomniane. Jednak do czasu. Pozostał wąskie uliczki i malownicze usytuowanie wioski stały się wdzięczną scenerią dla kręconych tam filmów. (Jeden z nich „Miasto smutku” został nagrodzony na festiwalu w Wenecji i opowiadał o historii wydarzenia zwanego „2 2 8”, czyli krwawej masakrze po antyrządowym powstaniu w 1947 roku)

Nostalgiczne scenerie szybko zachwyciły widzów i Jiufen znów wrócił do łask.

Obecnie to pełne życia i turystów miejsce pełne malutkich restauracji, sklepików z lokalnymi specjałami i japońskimi pamiątkami. Kawałek dalej, wśród soczyście zielonych wzgórz kryje się przerobiona na muzeum kopalnia złota i pozostałości po japońskich osadnikach. Główna ulica zwana Old Street to wąziutka, gwarna i kolorowa uliczka pełna dźwięków i zapachów. Prowadzi do punktu widokowego i najładniejszej części miasteczka – z tradycyjnymi ozdobami i starymi budynkami, które przypominają scenerię rodem z książki „Wyznania gejszy”. W trakcie spaceru kuszą liczne herbaciarnie, pieczone gęsi albo deser zwany Yam Ball. Potem możemy wybrać się na jeden z wielu okolicznych traktów spacerowych, choć większość z nich wiedzie po górach, więc w upalnej i dusznej pogodzie to nie lada spacer.

Można też wybrać się na spacer z miasteczka do kopalni – ale to kilka ładnych kilometrów, dlatego bardziej polecam złapać autobus a siły i czas wykorzystać na spacer po okolicznych górach, gdyż widok to lepsza nagroda niż nawet tysiąc spalonych kalorii😉

 I choć o nostalgię w dzisiejszym Jiufen trudno, to urokliwe wąskie uliczki i romantyczne górskie szlaki nadal wzbudzają sympatię. 





Obiad na huśtawce w krainie pluszaków

Było już o śmierdzącym tofu, jadalnych bratkach  i restauracji w toalecie. Jak widzicie różnorodność smaków i pomysłów jest tu ogromna, więc możemy mieć pewność, że albo zjemy coś specjalnego, a jeśli nie, to przynajmniej w specjalnym miejscu.

Kiedyś przypadkiem trafiliśmy na piętro, do sklepu z ogromnymi pluszakami, który okazał się przy okazji … restauracją.

Wąziutka klatka schodowa z wysokimi, czerwonymi stopniami prowadziła na piętro, do dużej, zacienionej sali, która wydawała się nieco ospała i leniwa. Dobre parę minut błąkaliśmy się pomiędzy wszelakiej maści i wielkości pluszowymi  lwami, pandami i hello kitty, zanim zupełnie zagubiliśmy się w przeznaczeniu tego miejsca. Czyściutkie wnętrze pachnące nowymi pluszakami zupełnie nie komponowały się ze stolikami pokrytymi kraciastą ceratą. Dodatkowo zbici z tropu zwisającymi z sufitu huśtawkami, zapytaliśmy o pomoc.

Okazało się, że to bezwonne i bezludne jak na otaczająca go dzielnicę miejsce, było sklepem z zabawkami, obok których można było zjeść obiad, lub restauracją, w której można było nabyć maskotkę. Co ciekawe wszystkie zabawki były czyściutkie i pachnące. Nie miały na sobie śladów uczucia rozdawanego wszystkiemu dookoła za pomocą umorusanego pyszczka i lepiących łapek rozkosznych trzylatków. Dzieci grzecznie siedziały przy stoliku, próbując przełknąć ziemniaki curry bez smaku.

Za gąszczem maskotek znaleźliśmy przeuroczą enklawę ciszy oddzieloną  grubą szybą od tętniącej życiem ulicy. Przy niewielkim stoliku zwisały z dwóch stron huśtawki obwinięte sztucznym bluszczem, które sprawiały wrażenie Tajemniczego Ogrodu z pluszakami zamiast kwiatów.

I tak jak napisałam na początku – na Tajwanie jeśli nie specjalne danie, to przynajmniej w specjalnym miejscu🙂


Wiśnie kwitną nie tylko w Japonii.

Owszem, może to na ten koszmarnie drogi kraj, stolice kontrastu między tradycją a nowoczesnością, pięknem a oszpeceniem, ale przede wszystkim stolicę sushi mówi się kraj kwitnącej wiśni, ale biało- różowe pączki czują się dobrze i także w innych częściach Azji i Świata.

Z języka japońskiego Sakura to nazwa ozdobnych drzew wiśniowych i ich kwiatów. Jednak słowo to znane jest też dobrze na Tajwanie. Co roku na wiosnę w okolicach kwietnia, w kilku miejscach wyspy na kilka tygodni rozkwitają puchate obłoki i soczyste girlandy kwiatów wiśni – od śnieżno białych do amarantowych. Najpiękniejsze drzewa, a zarazem najwięcej turystów co roku gromadzi  park narodowy  Yangminshan, oraz Wulai, Góry Alishan i okolice Sun Moon Lake.

Jednak pomiędzy japońską a tajwańską Sakurą jest spora różnica. Nie w wyglądzie, a w obrosłej wokół tego wydarzenia tradycji lub jej braku. W Japonii kwitnienie wiśni to specjalny czas, w którym rodziny i przyjaciele gromadzą się razem by podziwiać te puchate i ubarwione niczym słodka wata cukrowa korony drzew, siadają pod nimi śpiewając, jedząc i pijąc do późnego wieczora. Zwyczaj ten zwany jest Hanami,  i trwa przekazywany przez pokolenia  tak już od ponad tysiąca lat. (W tym miejscu gorąco polecam obejrzenie filmu: „Hanami- Kwiat wiśni” – niesamowicie wzruszającego, ale i niełatwego melodramatu, którego akcja częściowo dzieje się w Japonii)

 Na Tajwanie z kolei, Sakura ma wymiar trochę tak jak wszystko inne tutaj: zatłoczone, w kolejce, z błyskiem fleszy i okraszone obficie turystami z Chin lądowych. Czyli takie przeżywanie jak owce na redyku.

Owszem, my także staliśmy się niechlubną częścią tego kuriozalnego krajobrazu. Bo oto każdy przyjeżdża z zamiarem ujrzenia przepięknych drzew, romantycznego spaceru i widoków zapierających dech w piersiach, a znajduje głównie innych ciekawskich. Choć turyści z Chin pewnie takich proporcji spodziewają się wszędzie. Niemniej dość żałośnie wyglądało te kilka biednych drzewek obskakanych przez kilkuset turystów dziennie, z których każdy musiał mieć z nimi zdjęcie… Ale na to chyba już nie poradzimy – potrzeba więcej Sakury, albo większego niżu demograficznego.

Niemniej udało nam się dostrzec w tym całym zamieszaniu piękno i subtelność z jaką kwitły kwiaty wiśni. Piękne i delikatne, na tle wysokich i zamglonych gór wyglądały na jeszcze bardziej bezbronne i ulotne.  Magia.




***

Długo myślałam co dziś napisać. Ale wiem, że cokolwiek tu wklepię, to nie pomoże poczuć się lepiej, ani nie wysuszy łez w oczach.  Choć jest jeszcze wiele miejsc, ludzi, smaków i przygód, o których chcę opowiedzieć, to dziś opuszczam Tajwan i nostalgiczna nuta sama ciśnie się do głowy.

Mój niegdyś przytulny pokoik z uroczym widokiem na góry, dziś zionie pustką. Tylko walizka trzyma wszystkie wspomnienia szczelnie zamknięte.

Ta maleńka wyspa, o której nigdy wcześniej nie myślałam stała się dla mnie Domem przez ostatni rok, a ludzie których spotkałam na mojej drodze na zawsze pozostaną ze nmą. I choć nie raz było ciężko, smutno albo i samotnie, nie żałuje ani jednej chwili spędzonej na tym Krańcu Świata, który pokochałam.

To był dobry rok i dobrzy ludzie wokół mnie. Tylko teraz tak dziwnie i oczy całe zapłakane. 

Ale choć jest jeszcze tyle mniejsc zo zobaczenia i ludzi do poznania, obiecuję, że tu jeszcze wrócę.

Do zobaczenia wkrótce, Tajpej!

A teraz czas do Domu. 

 

 

 

 

Tajfun

Tajfun, to na Tajwanie zjawisko powszechne jak u nas powódź. Albo nawet bardziej. Co roku przez Wyspę,  lub w jej okolicy przetacza się kilkanaście takich cylkonów, z czego większość jednak – poza wzmożonymi opadami i załamaniem pogody – nie powoduje większych strat czy utrudnień w codziennym życiu. Od począku tego roku wyspę odwiedziło 9 tajfunów, z czego odczuwalne były dwa- wczorajszy i jeden sprzed miesiąca. Z tym, że ten poprzedni to była raczej sama powódź. Dlatego nie do końca braliśmy na serio ostrzeżenia naszej nauczycielki, która tak i wczoraj, ale  i codziennie gdy temperatura przekracza 35 ostrzega nas przed niebezpieczeństwem, radzi zrobić zapasy żywności, nabyć latarki i nie opuszczać domu.

Okazuje się, że tym razem miała troszkę racji. Wczorajszy tajfun Saola, poruszający się powoli i z wielką siłą, omsknął się dokładnie o północno-wschodni kraniec wyspy, powodójąc rzeczywisty kataklizm.

Ja mieszkam na południu Tajpej  – ok. dwie godziny drogi od samego wybrzeża, dlatego w tej okolicy zniszczenia są niewielkie – poddopienia niektórych budynków, połamane drzewa, pałętające się wszędzie gałęzie i wezbrane rzeki. Na kampusie niektóre uliczki zamieniły się wręcz w zielone dywany – zielone od pozrywanych liści. Mimo tego musze przyznać, że ostetniej nocy nie spałam najlepiej – wiuchający wicher i trzaskające o moje okna ogromne krople deszczu, budziły mnie co godzinę napawając niepokojem. Ale po 3 nad ranem apogeum minęło. Choć tajfun porusza się powoli, dlatego dziś przez cały dzień pada deszcz i prognozuje się, że będzie padał tak do jutra.

Jednak znacznie gorzej sytuacja ma się w północno – wschodniej części wyspy: tajfun przechodzący nad oceanem spowodował ogromną falę uderzeniowa, która w nocy bardzo szybko dotarła do takich miast jak Yilan czy Hulanien, powodując regularne powodzie i krajobraz  przywodzący na myśl obrazki z 97 roku.

W 14 miastach i okręgach zostały zamknięte wszytskie szkoły, biura i publiczne urzędy. We czwartek, normalnie ruchliwe ulice w stolicy, były wyludnione w godzinach porannego szczytu, tylko załoga oczyszczania miasta pracowała, aby usunąć z ulic  setki drzew i gałęzi ściętych w nocy.

Saola poruszał się powoli znad Filipin, gdzie spowodował śmierć 23 osób. Na Tajwanie mówi się o 7 ofiarach.

Na co dzień czasem narzekam, że do swojego akademika muszę gramolić się pod górę przez 15minut, ale przynajmniej żadna fala uderzeniowa mi nie grozi, a cały ten  bałagan mam szczęście oglądać z góry.

Specjalna strona internetowa prowadzona przez biuro ds. tajfunów, na bieżąca podaje wszelkie informacje, zarządzenia i zdjęcia.

 

Wczorajsza wędrówka tajfunu:  nadciągający z Filipin tajfun, przesuwa się obecnie na północ, w stronę Chin kontynentalnych. Dziś o 23.00 czasu lokalnego Saola powinna być już w połowie drogi nad kontynent.

Zdjęcie prognozuje kolejne etapy podróży tajfunu: dziś 0 16 powinien przetaczać się nad północną częścią wyspy, nad Chiny powinien dotrzeć jutro ok 14.

Położenie Saoli ze zdjęć satelitarnych. Pod Koreą i Japonią grasuje kolejny, nazwany Damrey.


Obecne opady powodują wzmaganie się powodzi, niszczenie upraw oraz lawiny błotne w centralnej części kraju.


Latająca ryba albo historia człowieka, który gapił się na kozy, czyli gdzie są orchidee?

Mimo, że Tajwan sam do wielkich wysp nie należy, to jeszcze znajduje się w „posiadaniu” garści mniejszych wybryków wulkanicznych. Wybraliśmy się na – podobno – najpiękniejszy z nich. Jak reklamował Wyspę Orchidei mój profesor od antropologii, miało to być miejsce idylliczne, cudowne i zatrzymane w czasie dziesiatki lat temu. Na plaży, obok skwierczących nad ogniem latajacych ryb, mieli siedzieć starcy śpiewajcy rzewne melodie o czasach okupacji  japońskiej i amerykańskiej.

Dziwne było to, bo wyspa Orchidei, na którą trafiliśmy my – była zgoła inna, choć w swym uroku i zacofaniu – niezapomniana.

Z pewnoscią niezapomiany był też trzygodninny rejs do niej, w trakcie którego pokonaliśmy zaledwie 70 km. Oj, woreczki pierwszej pomocy były dorze zaplanowanym przedsięwzięciem.

Okazuje się, że ta niewielka wyspa, to długie pasmo gór wulkanicznych z jedną oplatającą je drogą ciągnącą się dookoła przez 50 kilometrów, i sześcioma niewielkimi wioskami rzuconymi gdzieś u podnóża gór. To także rodzima wyspa dla plemienia Dahwu (zwanego też Yami), które liczy sobie 2000 członków i tym samym jest najmniejszym rdzennym plemieniem Tajwaniu.

Z wyspą Orchidei należy kojarzyć przede wszystkim trzy rzeczy, ale żadna z nich to orchidea.

Pierwszą specjalnością wyspy są latające ryby! Takie z prawdziwymi skrzydłami, które może nie latają sobie nad górami jak motyle, ale często wyskakują z wody i przebywają kawałek swej chaotycznej drogi do nikąd w powietrzu. Takie latanie nasila się na wiosnę, kiedy to odbywa się lokalny festiwal i połowy w tradycyjnych łodziach. No i te łodzie to kolejny element lokalnej kultury plemiannej. Rzeźbione z jednego kawałka drewna i starannie ozdabiane są chlubą każdej posiadającej je rodziny. Ale także dotknięte na lądzie przez kobietę niechybnie przynoszą nieszczęście. Może niekoniecznie na miarę Wielkiej Dżumy Mediolańskiej, a bardziej złamanego paznocia jak sądzę, ale to tylko moje przypuszczenia.

No i trzecia cecha charakterystyczna wyspy – nijak związana z czymkolwiek – kozy. Podczas kilku dni spędzonych na wyspie  spotkaliśmy ich węcej niż mieszkających tam ludzi. Ciekawe jak tam dotarły?

Wyspa to podobno miejsce, gdzie zatrzymał się czas. Ja do takich opini się nie posuwam, ale skłonna jestem przyzać, że zegary chodzą wolniej. Oj mało jest już tak prawdziwie rdzennych miejsc, gdzie zamiast wysprzątanych dla turystów pokoi gościnnych i śmieci na plaży spotkamy ciemnoskórych aborygenów tańcących wokoło ogniska. Ale jednak Pan Yami jedzący kolacje przy jednym stoliku z gigantycznym knurem, też jest  obrazkiem zgoła innym niż te nasze europejskie pejzaże. Cieszy więc i to : )

A tak w ogóle – gdzie są orchidee?